RSS
wtorek, 20 stycznia 2015
Jako Autor bloga pozwolę sobie na małe odstępstwo od tematu podróżniczego. Chciałbym mianowicie pochwalić się swoimi designerskimi pomysłami, z którymi wiążę pewne nadzieje na przyszłość.
Zapraszam zatem do odwiedzenia strony WWW.MORAWKA.PL i obejrzenie moich prac, a jeśli się spodobają to oczywiście zachęcam do zakupu, bezpośrednio, przez Allegro lub Dawanda.
Jeśli tylko się spodobają bez chęci zakupu to będę wdzięczny za okazanie wsparcia poprzez polubienie strony Morawka na Facebooku:
www.facebook.com/studiomorawka




12:20, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 stycznia 2013
Być w Ameryce Południowej i nie zobaczyć kondora to wstyd. Oczywiście jeż wiele innych rzeczy, których niezobaczenie stanowi plamę na moim honorze turysty, ale w tym przypadku nie dałem ciała. Dodatkowo moje spotkanie z kondorem wielkim było zupełnie prywatne na szczycie góry Cerro Negro.
Do Villa Traful położonej na brzegu jednego z przepięknych jezior górskich na szlaku siedmiu jezior (camino de los siete lagos ) dotarłem stopem. Podwieźli mnie amerykanie którzy podróżowali wynajętym samochodem. Kilka kempingów było zamkniętych a miasteczko dopiero przygotowywało się do najazdu turystów, między innymi poprzez odgarnianie popiołu z drogi, polewanie go wodą, i ogóle sprzątanie po niespodziance jaką sprawił wulkan Puyehue przysypując Bariloche i całą okolicę grubą warstwą popiołu. W końcu znalazłem otwarty kamping, ale cena 40 peso mnie zniechęciła. Gdy zawróciłem żeby kontynuować poszukiwania, gospodarz kempingu szybko rzucił nowa cenę 25 peso i zostałem jako jedyna osoba na całym polu namiotowym. Resztę dnia włuczę się po okolicy. Spaceruję nad brzegiem pięknego jeziora Traful. Woda jest turkusowa, promienie słońca tańczą po kamieniach zanurzonych w wodzie, a przepiękne skały po drugiej stronie jeziora wydają się jakimś gigantycznym ogródkiem skalnym. Zaczynam więc fantazjować że jeżdżę po nich rowerem. Jestem chyba jedynym stałym turystą, oprócz mnie na molo pojawił się tylko chłopiec który łowił ryby przy pomocy żyłki nawiniętej na puszkę. Poszedłem zapytać w informacji o szlaki. Oprócz dwóch wodospadów znajdujących się bardzo blisko miasteczka, jest tylko jeden szlak dla turystów i prowadzi na najbliższą górę Cerro Negro. Postanawiam odwiedzić te wodospady tego samego dnia a następnego dnia wybrać się na górę. Gdy szedłem w kierunku wodospadów zatrzymało  się auto z trójką argentyńskich emerytów, którzy zmierzali w tym samym kierunku i sami zaproponowali że mnie podwiozą. Gdy weszliśmy w las otoczył nas półmrok i nieco złowroga cisza, a wszystko dookoła pokryte było grubą warstwą szarego popiołu. Dodatkowo od czasu do czasu wyczuwałem woń padliny. Być może to tylko moja wyobraźnia, ale wydaje mi się że taka ilość popiołu mogła spowodować zdychanie niektórych zwierząt z braku pożywienia na przykład. Wodospady nie były aż taką rewelacją.
Z samego rana udałem się na szlak na Cerro Negro. Szlaki w Argentynie w większości są słabo oznakowane. Czasem jest tylko tabliczka na początku scieżki i od czasu do czasu piramidka z kamieni. Tu chyba były gdzieniegdzie oznaczenia na kamieniach ale w większości wszystko przysypane było popiołem. Zwłaszcza końcówka szlaku była dość niejasna, gdy ścieżka dotarła pod stromy skalisty szczyt. Wydaje mi się że w końcu poszedłem trochę na skróty bo nieraz musiałem używać wszystkich czterech kończyn żeby utrzymać równowagę. O tym że dotarłem na szczyt nie miałem wątpliwości gdyż wieńczyła go gigantyczna kamienna piramida.  Wtedy właśnie nad moją głową pojawił się olbrzymi kondor, który przyglądał mi się z zainteresowaniem. Naprawdę wlepiał we mnie gały, i zatoczył nade mną parę kółek chyba oceniając swoje szanse na to ze mnie upoluje, ale to ja wyciągnąłem aparat i upolowałem sobie parę fotek kondora, który czasami przelatywał całkiem blisko. W końcu jednak odleciał nad jezioro Traful i znów zostałem sam, ale w wielkim uniesieniu, po takim spotkaniu z największym drapieżnym ptakiem świata.


Lago Traful i młody rybak w koszulce Teveza


Kwiaty nad wodospadem


Śnieżny mostek pokryty warstwą popiołu




Ten popiół musiał zawierać jakieś zanieczyszczenia o podobnym pochodzeniu co ropa, bo podobnie jak ona tworzył na wodzie błonę o wszystkich kolorach tęczy


Na szczycie Cerro Negro




Wulkan Puyehue widoczny ze szczytu wciąż dymi




Widziałem ooooor... kondora cień
22:46, olekpieta
Link Komentarze (1) »
środa, 11 lipca 2012
Miałem nie pisać o fakturach, tzn ciastkach a w zasadzie słodkich bułeczkach z ciasta półfrancuskiego, bo gdzieś już na jakimś blogu go wyczytałem i nie chciałem powtarzać. Jednak był to tak ważny element mojego wyjazdu że nie mogę go pominąć. Nie będę już więc pisał że śniadanie w Argentynie to nie parówka ani jajecznica, tylko filiżanka kawy i właśnie faktura, napiszę co mnie tak urzekło w tych słodkościach. A jeszcze wcześniej dodam że tak w ogóle to nigdy wcześniej nie przepadałem za słodkim, niestety albo stety jedna Argentynka zmieniła moje przyzwyczajenia i teraz od czasu do czasu mam ochotę zjeść coś słodkiego choć wcześniej nie znałem tego uczucia. Stąd też od czau do czasu moje myśli biegną w kierunku półek z fakturami w Anonimie (taka biedronka argentynska), a jescze bardziej pastelitos, które poznałem pod koniec wyjazdu a w których się zakochałem. No dobra co więc jest w nich takiego że nagle zapragnąłem je jeść. Przede wszystkim są dobre i tanie, jak mało rzeczy w Argentynie. Bułeczka z kruchego ciasta, z jakimś dżemikiem, najczęściej z pigwy, albo z dulce de leche, polana lukrem i czekoladą, wielkości połowy naszej drożdżówki kosztowała w anonimie jedyne 1.2 peso. W dodatku wybór był jak na warunki argentyńskie ogromny. Można więc było folgować swoim nowo nabytym słabościom prawie bezkarnie i nie czyniąc spustoszenia w portfelu. Pastelitos rzadko występowały w Anonimie, odkryłem je dość późno bo dopiero po dwóch miesiącach pobytu w jakiejś piekarni. Jest to ciężkie ciastko z wielu warstw, najprawdopodobniej smażone w głębokim tłuszczu i równie często tym tłuszczem ociekające :). Prawdę powiedziawszy dziwnie się na mnie czasem patrzono jak je zajadałem z kawą. Dobrze że nie widzą jak popijam kawą jajecznicę na boczku.
21:41, olekpieta
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 czerwca 2012
Wstrętne owady, bo są też i piękne, to kolejna rzecz która może trochę uprzykrzać zwiedzanie Argentyny. Normalnym jest że na północy zwłaszcza w prowincjach Misjones, Corientes, Formosa, Chaco gdzie jest klimat subtropikalny trzeba się liczyć z obecnością różnych nieprzyjemnych form życia, nie licząc oczywiście nas samych. Komary są w tym momencie najmniej niebezpieczne, choć ich ilość czasem potrafi zaskakiwać, zwłaszcza kiedy wieczorem przemieszczają się tworząc ciemne brzęczące chmury. W północnych prowincjach trzeba uważać bardzo na tzw mosca de gusano, czyli mucha a la robak. Mucha taka nie gryzie, ale może zostawić na naszej skórze jajeczko z którego pod wpływem ciepła wykluje się larwa. Wgryza się ona następnie w skórę gdzie żyje sobie podjadając co nieco z naszej nogi czy ręki. Zdarza się to dość często na północy, dlatego najlepiej jest mimo upału zakładać ubrania z długimi rękawami i nogawkami. Z reguły zdajemy sobie o tym sprawę jak robaczek już trochę podrośnie i czuć jego obecność poprzez ból albo nieprzyjemne uczucie  (referencja w filmie Alien1:). W tym przypadku rana zawsze jest wilgotna i nie goi się nie robi się strupek jak w przypadku zwykłego ukłucia ale pozostaje otwarta dziureczka, przez którą robaczek oddycha. Wtedy najlepiej iść do lekarza na zabieg. Domowy sposób to przyłożyć gruby kawałek mięsa na dość długo, tak by robaczek zaczął się dusić i w efekcie sam wyłazić w poszukiwaniu powietrza. Nam a właściwie Rocio przytrafiło się takie nieprzyjemne ukłucie podczas zwiedzania misji dzięki temu wysłuchaliśmy sporej ilości opowieści i rad od doświadczonych mieszkańców. Ostatecznie poszliśmy do lekarza który jednak wykluczył obecność obcego. W Misjones trzeba było jednak przywyknąć do wielu swędzących ukąszeń niewiadomego pochodzenia.
Na pewno wielu słyszało o Bariloche, górskiej i narciarskiej stolicy Argentyny, cusik kaj nas Zakopiec. Pod względem krajobrazowym okolice Bariloche są powalające. Co z tego jednak jak mój kilkudniowy wypad w góry przypominał wielką ucieczkę. Szlaki które wg tabliczek miały zajmować 8h marszu, przebiegałem z pełnym plecakiem i namiotem w 6h, bojąc się choć na chwile przystanąć. To co nie dawało mi ani chwili wytchnienia to Tabanos, czyli po naszemu bąki bydlęce chyba też zwane końskimi muchami. Większość chyba choć raz w życiu doświadczyła ukłucia tego cholerstwa, wiec wie jak to boli a następnie przez kilka nawet tygodni swędzi, a potrafi to ugryźć nawet przez koszulkę. No a wokół mnie przez cały czas nieprzerwanie latała eskadra kilku bąków.
Z tych niewielu przykrych doświadczeń stwierdzam że szczelnie zamykany namiot świetnie nas chronił przed wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami. Raz w Misjones, dla zaoszczędzenia czasu na zwijanie namiotu rano przespaliśmy się na drewnianej podłodze jadalni i obudziliśmy się cali w czerwonych kropkach. W parku Leoncito słuzył nam za jadalnię, bo chmary małych muszek były tak natrętne, że jedynie za zamkniętym tropikiem można było spokojnie coś zjeść bez obawy że mucha nam wleci do buzi. Jednym słowem trzeba trochę uważać, trochę się przyzwyczaić, i na pewno mieć ze sobą jakieś środki ochrony, i duuużo cierpliwości.

Chmary komarów w Pellegrini, prowincja Corientes


Takie coś może wyjść spod kamienia na którym siedzicie i zajadacie kanapki, lepiej więc trzymać aparat w pogotowiu.





Piękne motyle w prowincji Misjones
21:46, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 czerwca 2012
Mówi się że każdy kraj ma swojego Robin Hooda. Nie wiem czy to powiedzenie funkcjonuje w Argentynie, bo wydaje mi się że na zabitych wiochach północy mało kto słyszał o Robinie w kapturze.
Każdy natomiast zna Gaucho Gila, świętego rzezimieszka, a większość dzieci słyszała pewnie o nim zanim nauczyła składać rączki do pacierza. Gauchito jak sie go często nazywa, oficjalnie przez kościół nie został uznany za świętego i w sumie się temu specjalnie nie dziwię, bo jakoś z legendy o nim nie wynika żeby był przesadnie bogobojny w zasadzie wątek jego relacji z Bogiem nie pojawia się ani razu. Myślę jednak, że to mu tylko pomaga w zdobywaniu popularności, zwłascza jego wizerunek gaucho, który nie stroni od fajek i alkoholu, a w panteonie tzw. santos poplulares w jest zdecydowanie na pierwszym miejscu. Poza tym jest on niezwykle skuteczny w sprawianiu cudów, choć za życia nie sprawił żadnego, przynajmniej wg. oficjalnej legendy, która zaczyna się niczym dobra argentyńska telenowela od gorącego romansu. Proszę więc wygodnie usiąść, wziąć kubek z yerbą w rękę i posłuchać.
Jest rok ok 1960, Niejaka Estrella Díaz de Miraflores wdowa po bogatym ranczerze romansuje w najlepsze ze zwykłym gaucho, czyli po naszemu konnym pastuchem Antoniem Gilem. Zazdrosnym okiem spogląda na to komisarz policji bo nie dość że babka fajna to w dodatku bogata. Wraz z braćmi majętnej wdowy oskarża Gila o kradzież z zamiarem pozbawienia go życia. Niewinny gaucho ucieka i chroni się w szeregach armii. W wojnie Paragwajskiej zostaje bohaterem, niestety po powrocie z wojny znów musi iść w kamasze tym razem by walczyć w wojnie domowej. Ponieważ szlachetny Antonio nie ma zamiaru przelewać bratniej krwi, dezerteruje z grupką kompanów i wkracza na ścieżkę bezprawia. Od tego momentu kradnie bydło bogatym obszarnikom, ale łupami dzieli się z biednymi wieśniakami którzy w zamian pomagają się mu ukrywać.
Długie ramię sprawiedliwości w końcu jednak dopada Gila, jego kompani zostają rozstrzelani a Gauchito wtrącony do aresztu. Oficer eskortujący Gauchita przed oblicze sądu w mieście Goya, postanowił sam wykonać wyrok na więźniu i zamordować go pod pretekstem ucieczki. Gauchito został przywiązany za nogę do drzewa a oficer przyłożył mu nóż do gardła. Wtedy to objawiły się nadprzyrodzone zdolności Antonio Gila. Najpierw próbował przekonać oficera że list z ułaskawieniem zaraz dotrze, gdy jednak ten nie dał mu wiary, przepowiedział mu że kiedy wróci do domu zastanie swego syna śmiertelnie chorego, i jedynie modlitwa do jego niewinnie przelanej krwi może przywrócić mu zdrowie. Chwilę po tym gdy oficer poderżnął gardło Antonio Gila przybył posłaniec z listem. Jak się okazało sędzia na prośby wielu mieszkańców ułaskawił Gila.
Oficer pognał co sił do Goi gdzie zastał syna w ciężkim stanie jak przepowiedział mu to Gil. Wrócił na pustynię i pochował ciało Gauchita niedaleko drzewa na którym zginął, a modlitwy do jego niewinnej krwi uzdrowiły syna. Cud ten rozniósł się wśród ludu, a na grób Gila przybywać zaczęło coraz więcej osób. Nie podobało się to jednak właścicielowi ziemi na której grób się znajdował, kiedy kazał przenieść ciało Gila na cmentarz natychmiast popadł w chorobę. Oczywiście odstąpił od swych zamiarów a modlitwy do Gauchita wróciły mu zdrowie.
To oficjalna i nudna wersja. Ludowe opowieści zawierają każdy detal gorącego romansu Gila, jego kariery wojskowej i rozbójniczej. Wg niektórych Gauchito miał moce nadprzyrodzone, potrafił np przyciągnąć do siebie karabiny żołnierzy którzy mieli go pojmać niczym Magneto z X-manow, i w ten sposób ich rozbroić.
Dziś lista cudów jakich dokonał nie ma chyba końca. Ściany jego grobowca i wszystkich sąsiadujących budynków pokryte są w każdym calu wmurowanymi tabliczkami z podziękowaniami. Konstrukcję zadaszenia w całości zasłaniają niezliczone rejestracje samochodowe, zapewne przywiezione przez cudem ocalałych z wypadków.
Muzeum Gila też robi wrażenie, dziesiątki wiszących pod sufitem rowerów, i gitar, koszulki zawodników, ozdobne pasy gauczów, setki fotografii i kartek z podziękowaniami tworzą graciarnię pełną klimatu.
Mogiła Gaucho Gila znajduje się kilka kilometrów od miasta Mercedes w prowincji Corientes. Wokół grobu Gauchita rozrósł się niemały jarmark z dewocjonaliami, figurami Gila, różańcami, chustami, naklejkami.
Podobało mi się że nie było w tym miejscu w ogóle turystów. Tzn turystów takich jak ja, szukających ujęcia, machającymi wielkim obiektywem przed nosem pielgrzymów.
Spacerując pomiędzy stoiskami powoli zacząłem odnosić wrażenie że cały ten kult Gaucha to jeden wielki jarmark i handel, a te wszystkie tabliczki i rejestracje to ściema i dekoracja. Kupiłem jednak parę pamiątek, nie tylko dla siebie, ale też dla znajomych w Pellegrini, a kilka pamiątek otrzymałem nawet jako podarek od sympatycznych sprzedawców. Jescze tylko musiałem napromieniować je energią Gauchita poprzez dotknięcie grobowca i mogłem wracać, do Mercedes.
W tym momencie Gauchito postanowił mnie przekonać o swojej mocy i kiedy się obracałem niemalże że wpadłem na Watę naszego sąsiada z Pellegrini. Pellegrini leży 120 km od Mercedes, i mieszka tam ok 1000 osób, z których Wata był w zasadzie jedyną osobą którą w miarę dobrze znałem. Następnego dnia zabrał mnie swoim pickupem do Pellegrini, a ja podarowałem mu medalion z Gauchitem, który kupiłem specjalnie dla jego rodziny. Medalion wylądował na ścianie obok sporej figury zbujaszka stojącej na honorowym miejscu w mieszkaniu Waty.


Gauchito Antonio Gil i Jego grób


Tabliczki z podziękowaniem na ścianie grobu Gauchita


W Argentynie choć wydaje mi się że w całej Ameryce Południowej bardzo ważne jest żeby dotknąć świętej figury , albo symbolu. Podobnie w bazylice Nuestra Senora del Valle w Catamarce, pielgrzymi zawsze dotykają szyby za którą znajduje się cudowna figura Matki Boskiej.


Muzeum Gaucho Gilla


Właśnie zauważyłem że jest jeszcze miejsce na jedną rejestrację. Ale to chyba na plus, znaczy że jeszcze limit cudownych ocaleń się nie wyczerpał.




Bardzo popularne czerwone tasiemki, można je zauważyć na rękach młodzieńców, często na zderzaku auta albo na lusterku wstecznym.

Przed grobem Gauchita zawsze leży zapalony papieros.


Abuelita dobrze wie co sprawi przyjemność Gauchito Gilowi.


Pierwsza kapliczka zanjduje się na podwórku jakiegoś domu, zaś druga oryginalnie była zbudowana na pamiątkę osoby która utonęła, ale wprowadził się do niej Gauccho. Nie wiem czy to tak ładnie? W każdym razie Gaucho Gill powoli monopolizuje kapliczki przydrożne i jadąc autobusem co chwila mija sią mniej lub bardziej okazałe kapliczki przyozdobione czerwonymi falgami. Trochę do znudzenia.
22:41, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 maja 2012
Kiedy tylko usłyszeliśmy z Rocio nadjeżdżającą od tyłu ciężarówkę uskoczyliśmy z drogi ale i tak nie zdołaliśmy uciec przed chmurą pyłu. Był to samochód Orso, który prowadził market na kołach, rozwoził towary wielką ciężarówką po wszystkich okolicznych kioskach i sklepikach. Już wiedzieliśmy że za chwilę spotkamy go u naszego znajomego który prowadził jedyny kiosk w kilkunastoosobowej wiosce. Chacho prowadził też agroturystykę, ale wydaje mi się ze niewielu z hotelowych gości którzy przyjeżdżali do niego na konne przejażdżki decydowało sie na dłuższy pobyt w skromnym gospodarstwie. W malutkich pokoikach podłoga z ubitej ziemi i prastare materace na drewnianej konstrukcji, a żeby wziąć prysznic należało najpierw napełnić ze studni plastikowy pojemnik z sitkiem a później umieścić go na haku pod sufitem. Choć pewnie prawdziwych gości wyręczał w tym Chacho. Tak jak się spodziewaliśmy pomocnik Orsa już sciągał towary z ciężarówki. I my kupiliśmy co nieco od Orso żeby móc podzielić się z naszymi gospodarzami w zamian za nocleg. Natomiast Chacho jak się okazało z część towaru zapłacił świeżo zabitym barankiem. (Bardzo mi sie spodobała taka forma handlu wymiennego. W takich miejscach pojęcie kasy fiskalnej jest tak samo nieznane jak wśród polskich lekarzy). Miałem okazję przyglądać się egzekucji cordero razem z kilkuletnią córka Chacho na której widok krwi i obdzieranego ze skóry zwierzęcia nie robił żadnego wrażenia. Po wszystkim została po baranku tylko skóra i głowa której Orso nie chciał wziąć.
Kiedy po południu wchodziłem do kuchni żeby zagotować czajniczek wody, o mało nie wywróciłem się na progu z powodu smrodu jaki buchał z wilekiego garnka. Na krawędzi kociołka mignęły mi tylko drobne ząbki, i już byłem pewien że pozostałości z baranka trafią po zagotowaniu do psiej miski. 
Podczas kolacji zdębiałem, bo na stół wjechał półmisek, z głową baranka, w takiej samej niemal formie jak ją widziałem tuż po zabiciu, z oczami jęzorem itd. tyle ze zagotowana.
Żeby nie robić przykrości gospodarzom i nie uchodzić za jakiegoś dzikusa w towarzystwie, sięgnąłem po pierwszy kawałek. Mój wybór od razu spotkał się z aprobatą biesiadników. Okazało się że trafiłem na kawałek języka, który zresztą nie był najgorszy. Za drugim razem nie chciałem już brać języka, żeby i inni mogli delektować się jego smakiem. Wybrałem jakiś biały kawałek mięsa, który okazał się znacznie gorszy a przede wszystkim nie dało się go pogryźć. Męczyłem się chyba z 5 minut z tą gumiastą żyłą zanim trafiłem na moment że reszta towarzystwa pochłonięta dyskusją na temat walorów smakowych głowy, nie dostrzegła że wypluwam cenny kawałek mięsa w serwetkę.
Nie ryzykowałem już dalszych prób i przerzuciłem się na kanapki z mortadelą, mimo że od pobytu w Maroko postanowiłem że już w życiu jej nie tknę. Teraz ktoś mógłby pomyśleć że to moja ulubiona wędlina.
Tymczasem dyskusja kulinarna trwała, dowiedziałem sie z niej między innym że oko to jeden z lepszych kąsków, nie dość że dobre to jeszcze zdrowe. W ślad za tym poszła demonstracja i wykrojona i nabita na widelec gałka oczna zniknęła w ustach Raula z sąsiedniej wioski.
Z dalszej dyskusji dowiedziałem się również że głowa baranka to wcale nie najbardziej egzotyczna z potraw goszczących na stołach mieszkańców wsi z regionu Laguny Ibera. Jak się okazało większość zna smak mięsa kajmana, który jest obecnie chroniony, strusia nandu również chronionego, nie wspominając o wiskaczach czy kapibarach. Te ostatnie traktowane są zresztą tutaj jak szkodniki i nie raz natknęliśmy się na rozkładające sie zwłoki tych największych gryzoni, które padły ofiarą nielegalnych polowań.
Tak naprawdę odniosłem jednak wrażenie że codzienna kuchnia argentyńskiej wsi jest dość monotonna, a mięso jest raczej rarytasem i traktowane jest bardziej jak przyprawa niż podstawa kuchni. Standardowymi potrawami są guiso, z makaronem, gdzie większość stanowią tanie warzywa jak ziemniaki i maniok, a mięso nadaje tylko smak, oraz puchero gdzie również dominują warzywa a do smaku wrzuca się albo krowi ogon albo kawałek nogi z kością.
















20:56, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Kiedy sie jedzie koleją patagońska (Tren Patagonico) która przecina Argentynę i Patagonię w poprzek, przez całą podróż widac druciane ogrodzenie które ciągnie sie wzdłuż torów z obu stron pociągu. Być może jest to najdłuższy drut ogrodzeniowy na świecie. Z pewnością produkcja drutu jest w Argentynie jedną z ważniejszych gałezi przemysłu, bo prawie wszystko jest tu ogrodzone. Pewnie wynika to z typu hodowli jaki prowadzi sie w Argentynie. Krowy, owce, lamy i inne czworonogi nie cisna sie w oborach, tylko mają do dyspozycji miliony hektarów od Tierra del Fuego po granicę z Boliwią. I wszystko jest ogrodzone, i niemal na każdym ogrodzeniu wisi tabliczka "Propriedad Privada. No Pasar". Po pewnym czasie mimo tych olbrzymich przestrzeni można nabawić sie klaustrofobii, bo co to za przyjemność poruszać sie w obrębie wioski i jednej drogi która przebiega przez tę wioskę.
Nawet w pasie prekordyliery, na wysokich punach, gdzie na olbrzymim terenie mieszka garstka ludzi, wszystko co nadaje się na hodowlę, jest czyjąś własnością i nawet w najdzikszych górach natkniemy sie nagle na ogrodzenie.
Dlatego w wielu miejscowościach połozonych blisko parków czy rezerwatów roi się od przewodników, wycieczek konnych, safari jeepem, prywatnych rezerwatów itp. Wszystko kosztuje, często słono, a w niektórych przypadkach wręcz absurdalnie dużo, a kiesa backpakera z reguły jest niezbyt zasobna. 
Samotne zwiedzanie jest więc często nieco utrudnione, zwłaszcza jeśli chcemy zachowac czyste sumienie i uniknąć nieprzyjemności. Przyznam szczerze ze nie wiem jak by takie wtargnięcie zostało potraktowane. Co prawda czasem sam przechodiałem przez czyjes pastwiska, oczywiście bez pytania, bo też skad tu wiedzieć czyja to ziemia i gdzie szukać własciciela na jakims wygwizdowie, ale jakoś nigdy nie natknąłem sie na nikogo.
Jednym z gorzej zapamiętanych doświadczeń był pierwszy dzień nad jeziorem Huechulafquen. Szukałem wtedy darmowego campingu, bo słyszałem że taki jest. Tego dnia na próżno. Cały teren wokół jeziora jest rozparcelowany, w zasadzie nie ma chyba publicznego dostępu do jeziora. W pewnym momencie zrezygnowany i zmeczony chodzeniem z dwoma plecakami usiadłem na ławce, po czym poderwałem sie jak opażony -kożystanie z ławki 10 peso. Za darmo mogłem odpocząć na poboczu drogi z dala od jeziora.



18:36, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem od koleżanki Rocio że Douglas Thompkins i Sylwek Stalone to agenci USA to włos mi sie zjeżył na głowie, bo przecież byłem na ekoturystycznej farmie Douglasa na Lagunie Ibera. Rokiego nie muszę chyba przedstawiać, zaś drugi pan, to multimilioner założyciel NorthFace i Esprit dwóch wielkich firm odzieżowych, później działacz ekologiczny który stworzył m.in Park Narodowy Pumalin w Chile. Czego szukają agenci USA w Argentynie? Ano tego co dla życia najcenniejsze czyli wody. Zresztą nie tylko oni, są agentami łasymi na wodę, od dawna bowiem bogacze tego świata robia sobie zakupy w Ameryce Południowej. Tym co kupują sa olbrzymie połacie ziemi, w obręb których wchodzą czasem całe łancuchy górskie, rzeki i jeziora. Całkowicie podzielam wkurzenie Argentyńczyków na taki stan rzeczy, bo jakbyśmy sie czuli gdyby ktoś nam wykupił Morskie Oko, albo jeden z pięciu stawów, a tak było z olbrzymim górskim jeziorem Lago Escondio w Argentynie, które leżało na górskim szlaku, a nagle znalazło się w samym środku posesji brytyjskiego milionera Lewisa niczym oczko wodne. Ale dlaczego to zaraz agenci obcych mocarstw? Tutaj właśnie wychodzi na jaw hydrozagadka. Otóż w związku z kurczeniem się zasobów czystej wody na świecie, już dziś w wielu regionach świata zaczyna jej brakować, a będzie jescze gorzej. Wojny o dostęp do żródeł czystej wody są nieuniknione. Dla większości Polaków to nie do pomyślenia, bo na brak wody nie mamy co narzekać, zwłaszcza kiedy w weekend chce się człowiek na łono przyrody udac to zawsze pada. I mi tez to do głowy nie przyszło, więc z pierwszej dyskusji na ten temat wolałem sie raczej wycofać. Z drugiej nie było już tak łatwo bo mój rozmówca, swoja drogą bardzo sympatyczny koleżka pracujący w schronisku górskim, wyciągnął nawet mapę, pozatym dopiero co zaczęliśmy pić mate, a nie powiem przeciez po pierwszym siorbnięciu "gracias, ya no quiero mas", byłoby to gorsze od spoliczkowania go. Zaczął mi na niej pokazywać "okupowane terytoria" oraz rozmiesczenie amerykańskich baz wojskowych odpowiednio niedaleko, co niby miało dowodzić że to wszystko to jedna wilka ustawka USA. Po skończeniu pierwszego czajniczaka z wodą chciałem jak najszybciej iść rozbijac namiot, żeby zdążyć przed zmrokiem, do którego było jeszcze ze dwie godziny, a namiot mam z dekatlonu co się sam stawia w dwie sekundy. Jednak wróciłem do Polski, poszperałem w internecie, musiałem, bo nawet moi znajomi jeżdżący do Wylotowa na obserwacje UFO nie znali teotii przyszłych wojen o wodę.
Były sekretarz ONZ Boutros Ghali stwierdził że następna wojna w Zatoce Perskiej wybuchnie nie z powodu ropy, lecz wody.
Ryszard Kapuściński uważał że wiek XXI będize stuleciem wojen o wodę.
Amerykański wywiad: wojny o wodę zagrożą bezpieczeństwu USA
itd.
Szanuj wodę!


Lago Huechulafquen


To akurat z Indii, ale mi przypasowało.
01:06, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2012
Kiedyś podczas jakiejś przejażdżki rowerem wzdłuż Łachy Potockiej zatrzymaliśmy się z Rocio żeby zerknąć na teren ogródków działkowych. Trochę rozbawiło mnie jej pytanie o to czy ktoś mieszka w tych domach, chodziło oczywiście o altanki. W Argentynie zorientowałem się że z punktu widzenia mieszkańca Ameryki Południowej nie ma nic dziwnego w takim pytaniu. Dziwne jest co najwyżej że w takich ładnych i porządnych domach trzyma się narzędzia ogrodnicze.
Większość "villas" czyli przedmieść składa się z mniej lub bardziej udanych konstrukcji typu komórka na narzędzia w których jednak zamieszkują całe rodziny. Podobnie wygląda wiele domów na wsi, zwłaszcza na biedniejszej północy.


Tupowa wiejska zabudowa w Misjones


Wioska Guarani. Domy, zapewne socjalne, całkiem niezłe. Wydaje się jednak że indianie, z których nie wszyscy nawet posługują się hiszpańskim, niezbyt dobrze adaptują się do takich warunków. Wszędzie walają się reklmówki i inne plastikowe śmieci. Może nie wiedzą że nie rozłożą się one w kilka dni jak skórka od banana.


Niektóre domki altanki są całkiem malownicze mimo że skromne.




Puerto Iguazu


Zaproszenie na spotkanie w sprawie elektryfikacji niedaleko Puerto Iguazu


Dość typowy dom wiejski w Corrientes


Domy rybaków w Las Grutas

Domy z gliny w Catamrca


16:01, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2012
Nie ulega wątpliwości że Wodospady Iguazu to jedna z największych atrakcji turystycznych Argentyny, wpisana na listę 7nowych cudów świata. Do małego miasteczka Puerto Iguazu codziennie przybywa tysiące turystów nie tylko autobusami, także kilkoma regularnymi połączeniami lotniczymi. Tylko po to żeby zajrzeć w czeluść Garganta del Diablo, największego wodospadu z ponad 200 jakie tworzy w tym miejscu rzeka Iguazu. Nam udało się chyba trafić na dobry i niezatłoczony dzień, pierwszym pociągiem, który służy do przemieszczania się po parku, dotarliśmy do kładki prowadzącej do tarasu widokowego ulokowanego nad samym wodospadem. Początkowo nie mogliśmy dopchać się do barierki ale za pół godziny większość turystów zniknęła idąc pewnie na inne wodospady, a my zostaliśmy sam na sam z tym niesamowitym zjawiskiem. Staliśmy na platformie moknąc od niesionej wiatrem rosy jak zahipnotyzowani, od czasu do czasu śmiejąc się do siebie z radości. Dopiero gdy pojawiła się kolejna grupa turystów, ruszyliśmy w kierunku innych wodospadów, może nawet bardziej malowniczych ale już nie wywołujących takich emocji. Pod wieczór ostatnią kolejką wróciliśmy nad Diabelską Gardziel, i znów mieliśmy szczęście bo nie było wielu ludzi, natomiast promienie słońca tym razem co chwilę tworzyły nad wodospadem niemal pełne koło tęczy. Wracając kładką na brzeg moje serce już wypełniała nostalgia i nawet smutek, że już muszę opuścić to miejsce choć jednocześnie szczęście że widziałem coś tak wspaniałego.
Chciałbym dodać jeszcze kilka wskazówek dla tych co będą się wybierać w to miejsce. Warto zapoznać się z mapą i zaplanować sobie zwiedzanie. My poszliśmy najpierw do Garganta del Diablo, następnie na Circuito Superior, później Circuito Inferior, Sendero Macuco, i na sam koniec biegiem jeszcze raz na Garganta del Diablo. Na wyspę San Martin nie można było wtedy popłynąć ze względu na wysoki poziom wody w rzece, ale i tak to co wymieniłem zwiedzaliśmy w dość szybkim tempie. Dlatego uważam że obejście wszystkich dostępnych ścieżek w spokojnym tempie nie jest raczej możliwe jednego dnia. I może lepiej zaplanować sobie dwa dni zwiedzania niż pędzić na złamanie karku. Przy wyjściu można pokazać dokument i dostać zaświadczenie upoważniające do 50% zniżki dnia następnego tak więc nie 100, a 50 peso. Sądzę że warto pojechać pierwszym pociągiem nad Garganta del Diablo, bo nikt tu szybciej nie dotrze na piechotę, a po rozejściu się tłumu z pierwszego transportu można liczyć nawet na chwilę samotności. W ciągu dnia większość miejsc oprócz Sendero Macuco jest zatłoczona, więc sadzę że Garganta tym bardziej. Jeśli chodzi o ścieżkę przyrodniczą Sendero Macuco, to mimo że w folderze zobaczymy zdjęcia tucana i wyjców to szansa na ich spotkanie jest raczej minimalna, natomiast znajdujący się na końcu ścieżki wodospad jest znacznie mniej spektakularny niż pozostałe. Zamiast tego polecałbym wycieczkę autobusem miejskim do dzielnicy Santa Rosa gdzie na ostatnim przystanku zaczyna się ścieżka przez dżunglę prowadząca do kilku pięknych wodospadów. Jest tam znacznie mniej ludzi i można się nawet swobodnie wykąpać.


Garganta del Diablo


Garganta del Diablo


Garganta del Diablo


Widok z górnej ścieżki na pozostałe wodospady


Widok z dolnej ścieżki.
Już wiem skąd Cameron brał inspiracje do Avatara


Coati czyli ostronos, wścibski i bezczelny zwierzak, wszędzie są informacje żeby go nie karmić, niestety coati już nauczyły się wyrywać jedzenie turystom i penetrować kosze na śmieci. Trzeba zresztą przyznać że wielu turystów ma w nosie zakaz karmienia zwierząt.


Teju brazylijski


Tę żmiję leżącą przy ścieżce jacyś kolesie próbowali wystraszyć zapaloną chusteczką zatkniętą na kiju. Nie wiem czy brali pod uwagę że mogą podpalić las. Kiedy podszedłem bliżej żeby zrobić zdjęcie, żmija sama uciekła.


Panorama późnym popołudniem, na mgiełce nad wodospadem widać cienie ludzi.


Ścieżką która zaczyna się w dzielnicy Santa Rosa dotrzemy do kilku ciekawych wodospadów.




Ładny robaczek


Brzydki robaczek, i charakterystyczna dla Misiones czerwona ziemia.
 
1 , 2
O Blogu - Nie chcę żeby był to kolejny opis wycieczki albo relacja z podróży. Tym razem czas i chronologia zwiedzania będą miały mniejsze znaczenie. Chcę pokazać głównie zdjęcia, piękno ale czasem też brzydotę tego surowego kraju.

Argentyna-podstawowe informacje:
Powierzchnia:2 766890
-9x więcej niż Polska.
Liczba ludności: ok.42 miliony
-Polska ok.38 milionów.
Czas: -4zimą -5latem w stosunku do Polski
Waluta: Peso arg. ARS
10 peso=ok.8złotych
Ceny: Jescze niedawno zbliżone do polskich ale z powodu inflacji kraj ten wydawał mi się drogi.
Przykładowe ceny:
1kg chleba -8peso
1,5l wody -4-5peso
1kg wołowiny 25-60peso
12empanadas(dla2os) -30peso
stek z ftytkami -od 25peso
noclegi hostele -od 40peso
camping/os 15-35peso
autobusy -ok40peso/100km


TopLista - Wyprawy i Podróże [Turystyka Aktywna]