RSS
sobota, 28 stycznia 2012
Każdy kto się choć trochę interesuje Argentyną nie mógł nie słyszeć o Asado, które jest częścią argentyńskiej tradycji tak samo jak picie mate i oglądanie seriali. Nie mogę napisać tutaj że jest to taki odpowiednik grilla, bo moi argentyńscy przyjaciele w najlepszej sytuacji obrażą się na mnie ale mogą też wyciągnąć bardziej bolesne konsekwencje. Przede wszystkim co podkreślają Argentyńczycy jet to przede wszystkim spotkanie przy stole, rodzaj biesiady na którą zaprasza się często kilkanaście osób z rodziny, czasem z sąsiedztwa i znajomych. Z reguły też to zapraszający ponosi większość kosztów, ale zasadą jest żeby odwdzięczyć się za zaproszenie organizując również asado. Nic za to nie stoi na przeszkodzie żeby przynieść ze sobą wino, sałatkę albo chleb. Oczywiście podstawą nie są powyższe produkty, podstawą jest krowa lub baranek, najlepiej zabite tuż przed wrzuceniem mięsa na ruszt -parilla (parilla to bardzo często nazwa restauracji gdzie podają mięso z rusztu). Oczywiście rzadko kiedy piecze się całą krowę, albo baranka. Baranek w całości jest tradycyjnie kupowany do przygotowania wigilijnej wieczerzy. Często pieczony jest na specjalnym wbitym w ziemię pręcie, mięso krowy piecze się zaś na rozgrzanym wcześniej ruszcie, nigdy nad ogniem tylko nad żarem -brasa. Tuż przed podaniem tnie się mięso na mniejsze kawałki i taca z nimi okrąża stół a każdy nakłada sobie upatrzony fragment mięsa. Czuwający nad parillą asador jest zawsze jeden, zawsze mężczyzna, i zawsze otrzymuje brawa, choć moim zdaniem nie zawsze zasłużone. (Dużo zawsze w jednym zdaniu) Oprócz mięsa krowy i baranka, które często występują w duecie podczas asado, piecze się również chorizo i morchillę. Chorizo to taka surowa kiełbasa wieprzowa specjalnie na asado , zaś morchilla to taki odpowiednik polskiej kaszanki, też robiony z krwi wieprzka, tylko chyba bez kaszy. Czasem do składu dołącza kurczak. Wspomniane wcześniej dodatki nie są zbyt wyszukane. Sałatka to z reguły tylko sałata i pomidor plus oliwa i ocet, raz tylko pojawiła się ensalada rusa czyli sałatka warzywna była to wigilia. Do tego chleb i czerwone wino -im lepsze tym lepiej. Piwo raczej nie pojawia się podczas asado, ale jest to raczej kwestia preferencji Argentyńczyków niż zasad. Asado z reguły kończy się grubo po północy i ciężko jest się podnieść z krzesła po wielogodzinnym mięsnym maratonie, za to powrót piechotą do domu jest bardzo wskazany. Na drugi dzień spokojnie można nic nie jeść, spodziewać się jednak można telefonu od przyjaciół żeby pomóc w dojadaniu resztek z poprzedniego wieczora, których często wystarcza na kolejne posiedzenie. Argentyńczycy uwielbiają asado i nie potrzebują do tego wcale okazji ani dużego towarzystwa. Parilla znajdzie się wszędzie, każdy dom, camping, hotel, park, posiada to cudowne a jakże proste urządzenie. Pamiętam taka sytuację kiedy wysiadaliśmy z auta Dantego, który zabrał nas na stopa i umawialiśmy się na wieczór na jakąś kolację, zapytałem to w jakiej restauracji się spotkamy? Zarówno Dante jak i moja dziewczyna Rocio popatrzyli na mnie jak na ufoludka, jaka restauracja, spotykamy się na asado.
Będę szczery, nie podzielam tej fiksacji Argentyńczyków. Lubię siedzieć w ciemnościach z dziewczyną nad gotującym się kotletem z cielęciny, popijać wino podczas gdy tłuszcz skapuje na rozgrzany popiół :), ale nie widzę w tym wcale dużo większej filozofii niż w naszym polskim grilowaniu. Jakbym grilował co tydzień to pewnie nie mógłbym patrzeć na zwyczajną, podobnie było w Argentynie, gdzie czasami byłem już znudzony tym kawałkiem wołowiny i sałatką z pomidorem. Prawdę powiedziawszy jak na wigilię zrobiliśmy z Rocio ruskie, to większość gości była co najmniej zszokowana że w ogóle jest jakieś dodatkowe danie oprócz baraniny. Miałem z tego niezła satysfakcję że wprowadziliśmy w ten standardowy jadłospis jakieś urozmaicenie.
W kwestii słynnej argentyńskiej wołowiny mogę powiedzieć, że to też różnie bywa. Czasem jest naprawdę pyszna, mięciutka i krucha -blandito, ale zdarzała się i taka którą trzeba było żuć jakieś 10 minut przed połknięciem a przez następnych parę dni ciągle znajdowałem jeszcze kawałki mięsa między zębami. Może to była jakaś krowa emigrantka.
Na koniec dodam że z powodu hiperinflacji i niby poprawiającej się sytuacji narodu, przynajmniej na prowincji asado wcale nie jest takim znowu powszechnym zjawiskiem. Tam asado służy często do zdobywania głosów w wyborach lokalnych. Określenie "kiełbasa wyborcza" ma tam trochę inne, bardziej dosłowne znaczenie.


Kiedy wyszedłem przed dom i zobaczyłem grupkę ludzi koło leżącej na poboczu drogi krowy pomyślałem że potrącił ją samochód i trwa akcja reanimacyjna. Trochę się pomyliłem bo jeden z mężczyzn wydobył zakrzywiony nóż a za chwilę z krowiego gardła siknęła krew. Okazało się że krasula jescze tego wieczora znajdzie się na stole u dwóch rodzin robiących asado.

Dla nas taki widok wydaje się okrutny, ale na wsi nie robi wrażenie nawet na dzieciach.

Jeszcze parę minut i krowa przestaje się ruszać.

Już po chwili zostaje pozbawiona cielesnej powłoki.

W postaci półproduktów czeka na swoją kolej na rozgrzanym
ruszcie.
 
Za ten jak widać może posłużyć nawet stare łóżko z metalową siatką. Domowej roboty chorizo dogląda pieczołowicie asador w tradycyjnym stroju gaucho.

W końcu nadchodzi ten moment kiedy można zatopić zęby w soczystym kawałku wołowiny i popić czerwonym jak krew mocnym argentyńskim winem :)

A to już baranek, a koło niego blady i niepozorny kurczak. Kurczaki jednak podnoszą głowę bo z powodu "zamożnienia" społeczeństwa spada spożycie wołowiny a rośnie konsumpcja drobiu.


poniedziałek, 23 stycznia 2012
Wulkany Antofagasta i Alumbrera dwa regularne czarne stożki położone obok siebie są najbardziej charakterystycznym elementem górsko-pustynnego krajobrazu. Leżą w odległości ok 8km i 11km od Antofagasty de la Sierra. Przed nimi znajduje się laguna Antofagasta gdzie można obserwować flamingi, a zaraz za nią pośród bazaltowych skał otaczających oba wulkany znajduje się Pukara Antofagasta. Są to ruiny fortyfikacji (z guarani: pukara-fort) zbudowane przez plemiona zamieszkujące Andy centralne. Wyprawę na oba wulkany planowaliśmy od paru dni, czekaliśmy głownie na to kiedy Rocio przejdzie "puna" (czyli choroba wysokościowa, słowo to też oznacza wyżynę). Parę osób poradziło nam żebyśmy pod wulkan wynajęli auto, co zaoszczędzi nam głównie czasu i energii na powrót w pełnym skwarze. W biurze które zajmuje się organizacją wypraw zaproponowali nam cenę 300 peso, za sam dowóz pod wulkan, czyli za jakieś 8 km. Nawet się nie zastanawialiśmy. O 5 rano byliśmy już na nogach i maszerowaliśmy w kierunku czarnego stożka. Dołączyła do nas Fatima którą poznaliśmy w urzędzie gminy oraz drobny kundelek, który towarzyszył nam przez całą drogę.  Fatima okazała się świetnym kompanem i znakomitą przewodniczką, to dzięki niej trafiliśmy do ruin Pukary. Ścieżka przez ruiny zaczyna się po stronie głównej drogi, czyli po prawej stronie wulkanu patrząc od strony miasteczka. Wspinaczka na wulkan o wysokości ok 4000m, nie stanowi żadnej trudności, przynajmniej technicznej, ale i kondycyjnie nie trzeba być jakimś asem. Jedyną uciążliwością jest to że sypkie kamieniste zbocze wulkanicznego stożka osuwa się przy każdym kroku, przypomina to trochę wchodzenie na wydmę. Za to schodzenie z tych samych powodów jest już tylko przyjemną formalnością a przy pomocy dwóch kroków pokonać można 5 metrów albo i więcej. Pierwszego dnia weszliśmy na Antofagastę. Mimo że krater nie robi wielkiego wrażenia, jest dość płytki i zasypany drobnymi kamieniami, to widok z wulkanu sprawia że nie chce się schodzić. Spokojnym tempem okrążyliśmy krater, a w drodze powrotnej obeszliśmy lagunę z drugiej strony niż przyszliśmy i wróciliśmy do miasteczka nieco inną drogą. Drugiego dnia, równie wcześnie tą samą drogą na lewo od laguny, którą wracaliśmy dnia poprzedniego szliśmy na Alumbrerę nie myśląc już wcale o samochodzie. By dotrzeć do podstawy wulkanu postanowiliśmy iść przez rumowisko bazaltowych skał w prostej linii od laguny, jednak po kilkudziesięciu minutach marszu w popłochu szukaliśmy drogi wyjścia z tego swoistego pola minowego. Luźno rzucone głazy często wywracały się przy nastąpieniu, powodując utratę równowagi albo upadek. Kształtem przypominające ciasto świeżo wyciśnięte przez maszynkę skały, są niesamowicie szorstkie i ostre. Każde podparcie się gołą ręką kończyło się nieprzyjemnym otarciem albo skaleczeniem. W końcu udało nam się znaleźć lepszą drogę i pod storzek dotarliśmy już bez większych przygód. Krater Alubrery jest znacznie większy i głębszy niż Antofagasty. Dodatkowo krawędź wulkanu zdobią niezwykle kolorowe skały. Aby obejść krater dookoła czasem trzeba się trochę pomęczyć a nawet powspinać. Wracając udało nam się złapać stopa
 

Wulkan i Laguna Antofagasta

Do wulkanu Alumbrera początkowo szliśmy w prostej linii od laguny przez rumowisko ostrych bazaltowych głazów. Luźno usypane kamienie co chwile ruszały się pod stopami. Po kilku nieprzyjemnych upadkach nieco podrapani znaleźliśmy łatwiejszą choć dłuższą drogę okrążającą bazaltowe pole minowe z lewej strony.

Rocio i Fatima oraz nieznany nikomu kundelek, na krawędzi krateru wulkanu Antofagasta. W tle wulkan Alumbrera.

Na szczycie Alumbrery

Przepiękne kolory skał krateru Alumbrery. W tle wulkan Antofagasta

Słone osady na brzegu laguny

Tak reagują flamingi na widok aparatu.
sobota, 21 stycznia 2012
Zanim zacznę narzekać chcę pokazać miejsce o którym nie mogę zapomnieć. Było to pierwsze miejsce w Argentynie o którym pomyślałem że tu właśnie mógłbym mieszkać.
Departament Antofagasta de la Sierra posiada ponad 200 wulkanów (nieczynnych) i ok. 1000 mieszkańców. Główne miasto o tej samej nazwie liczy 250 dusz i leży na wysokości 3300m.npm. Jest oddalone od stolicy prowincji Corrientes 600 km, a od najbliższego większego miasteczka Belen 300 km. Autobus kursuje tam tylko 2 dni w tygodniu, podróż trwa ok 14 godzin, kosztuje jak na ten dystans niewiele, jedyne 100 peso. W autobusie od czasu do czasu strasznie się kurzy bo droga nie zawsze jest asfaltowa, wszyscy się już znają, a atmosfera sprzyja nawiązywaniu kontaktów. W trakcie gdy kierowca z policzkiem wypchanym liśćmi koki przekonuje nas o niezawodności starego Mercedesa, najbliżsi sąsiedzi zastanawiają się gdzie moglibyśmy rozbić namiot.
W miejscowości jest Hostel, można też wynająć pokój, nie ma natomiast campingu, ale nam udało się rozbić namiot na podwórku rodziny prowadzącej wynajem pokoi -15peso/os. Jest stacja benzynowa ale przez tydzień naszego pobytu wisiała karteczka "No hay gasoil" (nie ma benzyny). Jest bankomat, internet w Muncipalidad (niestety oba komputery są zepsute, można za to podpiąć własny sprzęt). Szpital chętnie pomaga turystom z objawami Puny -choroby wysokościowej, która tuż po przyjeździe dopadła Rocio.
Pierwsze skojarzenie jakie mi się nasunęło to podobieństwo  do równie odciętej od świata doliny Nubry. Tu też jest strasznie sucho, a  górski krajobraz mimo obezwładniającego piękna jest surowy i pozbawiony roślinności. Nie ma tu co prawda klasztorów, ale liczne są kapliczki ku czci Virjen del valle (Dziewica z doliny). (W Antofagasta de la Sierra jest jedno zgromadzenie liczące 5 sióstr zakonnych).
Ludzie o indiańskich rysach pochodzący głównie z prowincji Salta i Jujui przy pierwszym poznaniu wydają się równie szorstcy co otaczające ich skały pumeksu. Ale to tylko pozory,  bo gospodarze u których rozbiliśmy namiot  bez wylewności ale zawsze oferowali nam pomoc, a po ponad tygodniu byliśmy już bardzo zżyci a pożegnanie było bardzo ciepłe.
Zwiedzanie:
Jak w większości miejsc które odwiedzaliśmy uprzywilejowani są turyści zmotoryzowani. Jest wiele pięknych miejsc do których nie da się dotrzeć bez auta jak choćby Campo de Piedra Pomez. Można wykupić wycieczkę z Antofagasty albo sąsiedniego El Peńon, ale jest to bardzo drogie.
Dla pieszych pozostają najbliższe okolice Antofagasty de la Sierra. Przede wszystkim dwa wulkany: Antofagasta i Alumbrera, sąsiadująca z nimi Laguna Antofagasta, dalej Punta de la Peńa i Punta Colorada gdzie znajdują się liczne petroglify, oraz najbliższe góry.
Wybierając sie na pieszą wycieczkę najważniejsze jest by zabrać wodę na cały dzień, coś chroniącego głowę przed słońcem. i okulary słoneczne. Warto mieć krem z filtrem słonecznym oraz  coś do ochrony ust przed wysuszaniem. Woda w strumieniach ani w lagunie nie nadaje się do picia. Do południa może nawet być chłodno, ale po południu słońce naprawdę jest mocne i robi się piekarnik.


Jedno z moich ulubionych miejsc pod nawisem skalnym chroniącym przed wiatrem, z widokiem na Antofagastę.

W Antofagaście zawsze przyplącze się do ciebie jakiś pies. Najlepszy był pewien malutki kundelek który zasnął na szczycie wulkanu Antofagasta. Dopiero schodząc przypomnieliśmy sobie że czegoś nam brakuje.

Lama to tutaj główne zwierze hodowlane. Mięso lamy przypomina w smaku wołowinę i prawie nie ma tłuszczu. To prawda że lama może opluć trawą, może to być nawet niebezpieczne jeśli kłujące fragmenty roślin dostaną się do oczu. Przedtem jednak lama kładzie uszy po sobie wiec można zawczasu się ewakuować.

Petroglif przedstawiający ponoć system rzeczny Antofagasty.

Główny motyw petroglifów to lamy albo vikunie. Często pojawiają się też ludzie w kształcie robotów i z kwadratowymi głowami. Deniken miałby tu o czym pisać.

Skały w okolicy Punta de la Peńa. Przez cały dzień nie spotkałem żywej duszy, jak zresztą wiele razy podczas wędrówek w Argentynie. Wspaniałe uczucie. Aha, był ze mną pies.

To są zioła które pomagają na żołądek głównie przy chorobie wysokościowej. Bardzo łatwo je znaleźć na najbliższych wzgórzach. Gospodyni u której mieliśmy rozbity namiot dała nam cały wkład lokalnej medycyny naturalnej, nie omijając magicznych rytuałów w których wykorzystuje się pióra flamingów.
piątek, 20 stycznia 2012
Na początku muszę się przyznać że mój wyjazd do Argentyny miał podtekst osobisty, ale postaram się od niego odciąć w wypowiedziach. Zresztą postaram się tym razem mało pisać aby nie przemęczać wszystkich tych którzy tu zajrzą.
W Argentynie spędziłem trochę ponad 4 miesiące nie tylko podróżując. Miałem też okazję otrzeć się o codzienne życie zwykłych ludzi, a nie tylko spędzać czas w towarzystwie innych backpackerów.
Na pytanie czy warto jechać do Argentyny ciężko mi dać odpowiedź. Gdybym dostał książkę skarg i zażaleń na temat Argentyny, to pewnie zapisałbym ją do ostatniej strony, a pierwszym zarzutem byłby brak kabanosów i jałowcowej... paprykarzu i tyrolskiej, albo chociażby jakichś substytutów.
Natomiast po powrocie i wylądowaniu w Madrycie, kiedy odrazu natknąłem się na zgraję hipsterów z iphonami, moją pierwszą myślą było: ja pierdolę, co ja tu robię, ja chcę wracać.

Dlaczego taki tytuł bloga? Słońce i wiatr to dwie rzeczy których nigdy nie brakuje w Argentynie. Ze wszystkim innym może być problem. ....jak choćby ze wspomnianą wyżej kiełbasą:)
O Blogu - Nie chcę żeby był to kolejny opis wycieczki albo relacja z podróży. Tym razem czas i chronologia zwiedzania będą miały mniejsze znaczenie. Chcę pokazać głównie zdjęcia, piękno ale czasem też brzydotę tego surowego kraju.

Argentyna-podstawowe informacje:
Powierzchnia:2 766890
-9x więcej niż Polska.
Liczba ludności: ok.42 miliony
-Polska ok.38 milionów.
Czas: -4zimą -5latem w stosunku do Polski
Waluta: Peso arg. ARS
10 peso=ok.8złotych
Ceny: Jescze niedawno zbliżone do polskich ale z powodu inflacji kraj ten wydawał mi się drogi.
Przykładowe ceny:
1kg chleba -8peso
1,5l wody -4-5peso
1kg wołowiny 25-60peso
12empanadas(dla2os) -30peso
stek z ftytkami -od 25peso
noclegi hostele -od 40peso
camping/os 15-35peso
autobusy -ok40peso/100km


TopLista - Wyprawy i Podróże [Turystyka Aktywna]