RSS
piątek, 10 lutego 2012
 Tym razem do napisania tego wpisu natchnął mnie przeczytany dziś w "La Nacion" artykuł. Choć może natchnął to niezbyt dobre określenie na wiadomość która ścina z nóg. Chodzi o zabójstwo Laurenta Schwebela, fotografa przyrody i przewodnika. Zabójstwo wyjątkowo absurdalne. Schwebel z racji swojego zawodu stawał oko w oko z dzikimi zwierzętami, a zginął na pełnym ludzi placu San Martin w centrum Buenos Aires, tuż przy największym dworcu autobusowym Retiro. Ukradziono mu aparat, narzędzie pracy, którego próbował bronić, otrzymał cios nożem w klatkę piersiową i po kilku minutach zmarł. Napastnik przemaszerował z pełnym spokojem przez plac wymachując aparatem, dopiero na ulicy zaczął biec.
http://www.lanacion.com.ar/1447230-conmocion-por-un-crimen-en-retiro

http://www.lanacion.com.ar/1447343-la-hermana-del-frances-asesinado-tildo-de-absurda-su-muerte

zdjęcia Laurenta Schwebela
http://www.grandsespaces.ch/images/voyages/circuits-decouverte/Bresil-Pantanal-Jaguar-Photo-Laurent-Schwebel-LS14.JPG
http://www.grandsespaces.ch/images/voyages/circuits-decouverte/Bresil-Pantanal-Caiman-Laurent-Schwebel-LS13.JPG

W Argentynie co jakiś czas słyszy się o aktach przemocy wobec turystów, autostopowiczów, a zwłaszcza samotnych turystek i o ich zaginięciach. Tuż przed moim wyjazdem głośno było o zniknięciu australijskiej turystki w okolicach schroniska Cajon Azul. Odnaleziono ją kilka dni później mocno poturbowaną i zdezorientowaną, ze śladami gwałtu. Dla mnie było to o tyle szokujące że jeszcze parę tygodni temu spędziłem tam dwa dni w sielankowej atmosferze i pośród przemiłych ludzi. Nie chodzi o to że nagle poczułem się zagrożony, ale takich rzeczy raczej się nie spodziewa w górach gdzie z reguły darzy się innych turystów górskich dużym zaufaniem.
Jeśli chodzi o moje doświadczenia i odczucia to nie powiedziałbym nigdy że Argentyna to kraj niebezpieczny, wręcz przeciwnie, czułem się tam bezpieczniej niż w Polsce, gdzie już trzy razy byłem ofiarą agresji nadpobudliwych młodzieńców. Za każdym razem z czystej bezinteresownej złości czy też nienawiści. Będąc w Argentynie nawet poruszając się po dość biednych dzielnicach nie czułem takiego zagrożenia. Nie spotkałem bodaj jednej osoby, której zakazana morda od razu mówi że lepiej zejść mu z drogi. Ani razu mijając kogoś nie zostałem celowo szturchnięty, nie widziałem żadnych chuligańskich zachowań na przystankach czy dworcach autobusowych. Znów dodam że poruszałem się raczej po mniejszych miejscowościach i tylko w kilku stolicach prowincji spędziłem więcej niż jeden dzień i może dlatego odniosłem wrażenie że prawie nie istnieje tam zakapiorstwo, tak charakterystyczne dla naszego kraju.
Od wielu ludzi słyszałem żeby uważać, nie zbliżać się do villas-dzielnic biedy dotkniętych problemem narkomanii, gdzie wśród biednych króluje paco -narkotyk z odpadów po produkcji kokainy, który w dwa lata potrafi doprowadzić do śmierci. Uzależnia tak mocno że ci co wpadli w jego objęcia potrafią sprzedać każdą rzecz łącznie z drzwiami do mieszkania żeby zdobyć kolejną działkę. Mówi się że duża część przestępstw ma związek właśnie z powodu narkotyków. Z desperacji by zdobyć pieniądze, oraz po prostu porachunki narkotykowe, i że w większości przestępstwa te nie dotykają ludzi niezamieszanych narkotykowe interesy.
Mam nadzieję że tak właśnie jest, że przestępstwa w większości nie dotyczą niewinnych ludzi, choć najlepiej jakby ich w ogóle nie było tak jak i biedy oraz przeklętego paco, a wstrząsająca śmierć Laurenta Schwebela jest tylko wyjątkiem.


Laurent Schwebel
 Pokój jego duszy.
00:21, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lutego 2012
Każdy zna chyba zwrot "chcieć gwiazdkę z nieba". Tym właśnie była dla mnie wizyta w kanionie Talampaya w prowincji La Rioja. Najpierw długo szukaliśmy informacji na temat atrakcji naturalnych w La Rioja i San Juan, bo turystyka szlakiem winnic bardzo promowana w Argentynie to nie do końca nasze klimaty, mimo że do abstynentów nie należymy. Pierwszy z parków, na który się napalałem jak łysy na wagon grzebieni to Ischigualasto gdzie znajduje się Valle de la Luna z przepięknym łukiem i ciekawymi formacjami skalnymi. Odpadł po potwierdzeniu informacji że można go odwiedzić ale wyłącznie dysponując własnym samochodem. Zdecydowaliśmy się więc na wizytę w kanionie Talampaya. Mieliśmy nadzieję że uda nam się jakiś niezależny treking jeśli nie do kanionu Talampaya to może w jego okolice.
Autobusem dotarliśmy przed bramę parku. Po kilku minutach marszu dotarliśmy do budynków gdzie znajduje się recepcja, bar, centrum interpretacji, itd. Rozbiliśy namiot i jako jedyni zostaliśmy  na noc. Obok namiotu kręci się zorro, to oczywiście lis po hiszpańsku :). Powoli zapada zmrok a na niebie pojawia się niesamowita wprost ilość gwiazd. O 10 wyłącza się generator prądu i momentalnie otacza nas absolutna cisza jakby ktoś narzucił na nas puchową pierzynę i przycisnął do uszu. Przez parę godzin gapimy się w niebo zahinotyzowni.
Rano idziemy do biura strażników parku, po jakieś informacje. Sytuacja nie wygląda za dobrze, bo do kanionu jest ok 15km. a poza kanionem nie ma żadnych szlaków, poza tym nie ma żadnych źródeł wody, a guardaparques nie mogą nas podrzucić swoim samochodem, bo to wbrew przepisom. Zostaje nam jedynie skorzystać z oferty firmy która dzierżawi kanion, i do której należy cały ten ośrodek, albo oferty Towarzystwa Przewodników Górskich, którzy zajmują malutki pokoik w tym kompleksie. Prawdę powiedziawszy chętnie wybralibyśmy wycieczkę z przewodnikami, bo zawierała ona wizytę w kanionie Talampaya, i wycieczkę rowerową do bocznego kanionu. Niestety chyba ze względów konkurencyjności przewodnikom nie wolno przewozić turystów, mogą jedynie towarzyszyć komuś w jego własnym aucie. Ponieważ nie mieliśmy auta i z tą formą zwiedzania musieliśmy się pożegnać. Wykupiliśmy w końcu jedną z tańszych wycieczek z firmy Rolling Travel za 95peso obejmującą tylko kanion. Zapakowano nas po tym do busika i ruszyliśmy w drogę. Moja ocena tego miejsca na pewno nie będzie obiektywna, bo nienawidzę takiego zwiedzania, gdzie trzeba łazić z grupą za przewodnikiem, brać udział w głupich zgadywankach w rodzaju: a co przedstawia ta skała, albo gdzie wśród tych skał jest wielbład, słuchać dowcipów przygotowanych specjalnie na te okazję i powtarzanych każdej odwiedzającej to miejsce osobie. Sam kanion chyba tylko ze względu na wartość archeologiczną został uznany przez UNESCO za jakiś tam cud świata, bo jeśli chodzi o górski pejzaż i skalne formy to na kolana nie rzuca. Może moja ocena byłaby nieco inna gdybym nie musiał poruszać się busikiem oraz ścieżkami z barierką jak dla krów, a w dodatku nie można się za bardzo oddalić np, żeby zrobić zdjęcia bo wszyscy już zasuwają do autobusu. Petroglify widziałem już w Antofagaście, niektóre nawet bardziej okazałe, z tą jednak różnicą że w sektorze Punta de la Peńa byłem sam i oko w oko, bez żadnych barierek, ze skalnymi rysunkami starożytnych indian. Jednym słowem byłem zawiedziony tą wizytą.
Kilka tygodni wcześniej koleżanka Rocio, która kiedyś pracowała w parku narodowym powiedziała mi że już nie wróci do pracy jako strażnik parku, ponieważ nie służą już ochronie przyrody, tylko chronią prywatnych interesów. Na początku myślałem że chodzi o wykupywanie źródeł wody pitnej przez obcokrajowców i nie drążyłem tematu bo do tej teorii byłem nastawiony dość sceptycznie. W przypadku parku Talampaya zobaczyłem jednak że nawet na takiej pustyni, prywatne firmy kręcą niezłe lody, a guardaparques chronią terenu do którego nie ma wstępu zwykły człowiek, więc w zasadzie służą interesom prywatnej firmy.
Nie napisałem, że jednak otrzymałem swoją gwiazdkę z nieba. Nie całkiem taką jaką sobie wyobrażałem za to bardziej dosłownie. Poprzedniej nocy kiedy tak siedzieliśmy z Rocio gapiąc się w gwiazdy, dostrzegliśmy najpierw niepozorną białą smugę spadającej gwiazdy, ale zjawisko zamiast zaraz zniknąć jak to zwykle bywa trwało. Biała smuga zamieniła się w złoty coraz grubszy ogon tak że w końcu widać było smugę ognia. Meteor zaczął zwalniać i rozpadać na kawałki, które wolno dymiąc się zaczęły opadać ku ziemi. Chwile potem zaczęliśmy się cieszyć, jakbyśmy wygrali nagrodę na loterii. Była to jedna z najwspanialszych najbardziej magicznych chwil w moim życiu.
Cząstka tego nocnego nieba, tak odległego i nieosiągalnego, wylądowała prawie u naszych stóp.


Nasz samotny namiot. Kamping jest darmowy łącznie z łazienką i prysznicem.

W te kominy skalne kominy należy krzyczeć i liczyć ile razy odbije się echo.

La Catedral

Tu nawet nie trzeba zgadywać do czego podobne są te skały, jest tabliczka.
O Blogu - Nie chcę żeby był to kolejny opis wycieczki albo relacja z podróży. Tym razem czas i chronologia zwiedzania będą miały mniejsze znaczenie. Chcę pokazać głównie zdjęcia, piękno ale czasem też brzydotę tego surowego kraju.

Argentyna-podstawowe informacje:
Powierzchnia:2 766890
-9x więcej niż Polska.
Liczba ludności: ok.42 miliony
-Polska ok.38 milionów.
Czas: -4zimą -5latem w stosunku do Polski
Waluta: Peso arg. ARS
10 peso=ok.8złotych
Ceny: Jescze niedawno zbliżone do polskich ale z powodu inflacji kraj ten wydawał mi się drogi.
Przykładowe ceny:
1kg chleba -8peso
1,5l wody -4-5peso
1kg wołowiny 25-60peso
12empanadas(dla2os) -30peso
stek z ftytkami -od 25peso
noclegi hostele -od 40peso
camping/os 15-35peso
autobusy -ok40peso/100km


TopLista - Wyprawy i Podróże [Turystyka Aktywna]