RSS
piątek, 10 lutego 2012
 Tym razem do napisania tego wpisu natchnął mnie przeczytany dziś w "La Nacion" artykuł. Choć może natchnął to niezbyt dobre określenie na wiadomość która ścina z nóg. Chodzi o zabójstwo Laurenta Schwebela, fotografa przyrody i przewodnika. Zabójstwo wyjątkowo absurdalne. Schwebel z racji swojego zawodu stawał oko w oko z dzikimi zwierzętami, a zginął na pełnym ludzi placu San Martin w centrum Buenos Aires, tuż przy największym dworcu autobusowym Retiro. Ukradziono mu aparat, narzędzie pracy, którego próbował bronić, otrzymał cios nożem w klatkę piersiową i po kilku minutach zmarł. Napastnik przemaszerował z pełnym spokojem przez plac wymachując aparatem, dopiero na ulicy zaczął biec.
http://www.lanacion.com.ar/1447230-conmocion-por-un-crimen-en-retiro

http://www.lanacion.com.ar/1447343-la-hermana-del-frances-asesinado-tildo-de-absurda-su-muerte

zdjęcia Laurenta Schwebela
http://www.grandsespaces.ch/images/voyages/circuits-decouverte/Bresil-Pantanal-Jaguar-Photo-Laurent-Schwebel-LS14.JPG
http://www.grandsespaces.ch/images/voyages/circuits-decouverte/Bresil-Pantanal-Caiman-Laurent-Schwebel-LS13.JPG

W Argentynie co jakiś czas słyszy się o aktach przemocy wobec turystów, autostopowiczów, a zwłaszcza samotnych turystek i o ich zaginięciach. Tuż przed moim wyjazdem głośno było o zniknięciu australijskiej turystki w okolicach schroniska Cajon Azul. Odnaleziono ją kilka dni później mocno poturbowaną i zdezorientowaną, ze śladami gwałtu. Dla mnie było to o tyle szokujące że jeszcze parę tygodni temu spędziłem tam dwa dni w sielankowej atmosferze i pośród przemiłych ludzi. Nie chodzi o to że nagle poczułem się zagrożony, ale takich rzeczy raczej się nie spodziewa w górach gdzie z reguły darzy się innych turystów górskich dużym zaufaniem.
Jeśli chodzi o moje doświadczenia i odczucia to nie powiedziałbym nigdy że Argentyna to kraj niebezpieczny, wręcz przeciwnie, czułem się tam bezpieczniej niż w Polsce, gdzie już trzy razy byłem ofiarą agresji nadpobudliwych młodzieńców. Za każdym razem z czystej bezinteresownej złości czy też nienawiści. Będąc w Argentynie nawet poruszając się po dość biednych dzielnicach nie czułem takiego zagrożenia. Nie spotkałem bodaj jednej osoby, której zakazana morda od razu mówi że lepiej zejść mu z drogi. Ani razu mijając kogoś nie zostałem celowo szturchnięty, nie widziałem żadnych chuligańskich zachowań na przystankach czy dworcach autobusowych. Znów dodam że poruszałem się raczej po mniejszych miejscowościach i tylko w kilku stolicach prowincji spędziłem więcej niż jeden dzień i może dlatego odniosłem wrażenie że prawie nie istnieje tam zakapiorstwo, tak charakterystyczne dla naszego kraju.
Od wielu ludzi słyszałem żeby uważać, nie zbliżać się do villas-dzielnic biedy dotkniętych problemem narkomanii, gdzie wśród biednych króluje paco -narkotyk z odpadów po produkcji kokainy, który w dwa lata potrafi doprowadzić do śmierci. Uzależnia tak mocno że ci co wpadli w jego objęcia potrafią sprzedać każdą rzecz łącznie z drzwiami do mieszkania żeby zdobyć kolejną działkę. Mówi się że duża część przestępstw ma związek właśnie z powodu narkotyków. Z desperacji by zdobyć pieniądze, oraz po prostu porachunki narkotykowe, i że w większości przestępstwa te nie dotykają ludzi niezamieszanych narkotykowe interesy.
Mam nadzieję że tak właśnie jest, że przestępstwa w większości nie dotyczą niewinnych ludzi, choć najlepiej jakby ich w ogóle nie było tak jak i biedy oraz przeklętego paco, a wstrząsająca śmierć Laurenta Schwebela jest tylko wyjątkiem.


Laurent Schwebel
 Pokój jego duszy.
00:21, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lutego 2012
Każdy zna chyba zwrot "chcieć gwiazdkę z nieba". Tym właśnie była dla mnie wizyta w kanionie Talampaya w prowincji La Rioja. Najpierw długo szukaliśmy informacji na temat atrakcji naturalnych w La Rioja i San Juan, bo turystyka szlakiem winnic bardzo promowana w Argentynie to nie do końca nasze klimaty, mimo że do abstynentów nie należymy. Pierwszy z parków, na który się napalałem jak łysy na wagon grzebieni to Ischigualasto gdzie znajduje się Valle de la Luna z przepięknym łukiem i ciekawymi formacjami skalnymi. Odpadł po potwierdzeniu informacji że można go odwiedzić ale wyłącznie dysponując własnym samochodem. Zdecydowaliśmy się więc na wizytę w kanionie Talampaya. Mieliśmy nadzieję że uda nam się jakiś niezależny treking jeśli nie do kanionu Talampaya to może w jego okolice.
Autobusem dotarliśmy przed bramę parku. Po kilku minutach marszu dotarliśmy do budynków gdzie znajduje się recepcja, bar, centrum interpretacji, itd. Rozbiliśy namiot i jako jedyni zostaliśmy  na noc. Obok namiotu kręci się zorro, to oczywiście lis po hiszpańsku :). Powoli zapada zmrok a na niebie pojawia się niesamowita wprost ilość gwiazd. O 10 wyłącza się generator prądu i momentalnie otacza nas absolutna cisza jakby ktoś narzucił na nas puchową pierzynę i przycisnął do uszu. Przez parę godzin gapimy się w niebo zahinotyzowni.
Rano idziemy do biura strażników parku, po jakieś informacje. Sytuacja nie wygląda za dobrze, bo do kanionu jest ok 15km. a poza kanionem nie ma żadnych szlaków, poza tym nie ma żadnych źródeł wody, a guardaparques nie mogą nas podrzucić swoim samochodem, bo to wbrew przepisom. Zostaje nam jedynie skorzystać z oferty firmy która dzierżawi kanion, i do której należy cały ten ośrodek, albo oferty Towarzystwa Przewodników Górskich, którzy zajmują malutki pokoik w tym kompleksie. Prawdę powiedziawszy chętnie wybralibyśmy wycieczkę z przewodnikami, bo zawierała ona wizytę w kanionie Talampaya, i wycieczkę rowerową do bocznego kanionu. Niestety chyba ze względów konkurencyjności przewodnikom nie wolno przewozić turystów, mogą jedynie towarzyszyć komuś w jego własnym aucie. Ponieważ nie mieliśmy auta i z tą formą zwiedzania musieliśmy się pożegnać. Wykupiliśmy w końcu jedną z tańszych wycieczek z firmy Rolling Travel za 95peso obejmującą tylko kanion. Zapakowano nas po tym do busika i ruszyliśmy w drogę. Moja ocena tego miejsca na pewno nie będzie obiektywna, bo nienawidzę takiego zwiedzania, gdzie trzeba łazić z grupą za przewodnikiem, brać udział w głupich zgadywankach w rodzaju: a co przedstawia ta skała, albo gdzie wśród tych skał jest wielbład, słuchać dowcipów przygotowanych specjalnie na te okazję i powtarzanych każdej odwiedzającej to miejsce osobie. Sam kanion chyba tylko ze względu na wartość archeologiczną został uznany przez UNESCO za jakiś tam cud świata, bo jeśli chodzi o górski pejzaż i skalne formy to na kolana nie rzuca. Może moja ocena byłaby nieco inna gdybym nie musiał poruszać się busikiem oraz ścieżkami z barierką jak dla krów, a w dodatku nie można się za bardzo oddalić np, żeby zrobić zdjęcia bo wszyscy już zasuwają do autobusu. Petroglify widziałem już w Antofagaście, niektóre nawet bardziej okazałe, z tą jednak różnicą że w sektorze Punta de la Peńa byłem sam i oko w oko, bez żadnych barierek, ze skalnymi rysunkami starożytnych indian. Jednym słowem byłem zawiedziony tą wizytą.
Kilka tygodni wcześniej koleżanka Rocio, która kiedyś pracowała w parku narodowym powiedziała mi że już nie wróci do pracy jako strażnik parku, ponieważ nie służą już ochronie przyrody, tylko chronią prywatnych interesów. Na początku myślałem że chodzi o wykupywanie źródeł wody pitnej przez obcokrajowców i nie drążyłem tematu bo do tej teorii byłem nastawiony dość sceptycznie. W przypadku parku Talampaya zobaczyłem jednak że nawet na takiej pustyni, prywatne firmy kręcą niezłe lody, a guardaparques chronią terenu do którego nie ma wstępu zwykły człowiek, więc w zasadzie służą interesom prywatnej firmy.
Nie napisałem, że jednak otrzymałem swoją gwiazdkę z nieba. Nie całkiem taką jaką sobie wyobrażałem za to bardziej dosłownie. Poprzedniej nocy kiedy tak siedzieliśmy z Rocio gapiąc się w gwiazdy, dostrzegliśmy najpierw niepozorną białą smugę spadającej gwiazdy, ale zjawisko zamiast zaraz zniknąć jak to zwykle bywa trwało. Biała smuga zamieniła się w złoty coraz grubszy ogon tak że w końcu widać było smugę ognia. Meteor zaczął zwalniać i rozpadać na kawałki, które wolno dymiąc się zaczęły opadać ku ziemi. Chwile potem zaczęliśmy się cieszyć, jakbyśmy wygrali nagrodę na loterii. Była to jedna z najwspanialszych najbardziej magicznych chwil w moim życiu.
Cząstka tego nocnego nieba, tak odległego i nieosiągalnego, wylądowała prawie u naszych stóp.


Nasz samotny namiot. Kamping jest darmowy łącznie z łazienką i prysznicem.

W te kominy skalne kominy należy krzyczeć i liczyć ile razy odbije się echo.

La Catedral

Tu nawet nie trzeba zgadywać do czego podobne są te skały, jest tabliczka.
sobota, 28 stycznia 2012
Każdy kto się choć trochę interesuje Argentyną nie mógł nie słyszeć o Asado, które jest częścią argentyńskiej tradycji tak samo jak picie mate i oglądanie seriali. Nie mogę napisać tutaj że jest to taki odpowiednik grilla, bo moi argentyńscy przyjaciele w najlepszej sytuacji obrażą się na mnie ale mogą też wyciągnąć bardziej bolesne konsekwencje. Przede wszystkim co podkreślają Argentyńczycy jet to przede wszystkim spotkanie przy stole, rodzaj biesiady na którą zaprasza się często kilkanaście osób z rodziny, czasem z sąsiedztwa i znajomych. Z reguły też to zapraszający ponosi większość kosztów, ale zasadą jest żeby odwdzięczyć się za zaproszenie organizując również asado. Nic za to nie stoi na przeszkodzie żeby przynieść ze sobą wino, sałatkę albo chleb. Oczywiście podstawą nie są powyższe produkty, podstawą jest krowa lub baranek, najlepiej zabite tuż przed wrzuceniem mięsa na ruszt -parilla (parilla to bardzo często nazwa restauracji gdzie podają mięso z rusztu). Oczywiście rzadko kiedy piecze się całą krowę, albo baranka. Baranek w całości jest tradycyjnie kupowany do przygotowania wigilijnej wieczerzy. Często pieczony jest na specjalnym wbitym w ziemię pręcie, mięso krowy piecze się zaś na rozgrzanym wcześniej ruszcie, nigdy nad ogniem tylko nad żarem -brasa. Tuż przed podaniem tnie się mięso na mniejsze kawałki i taca z nimi okrąża stół a każdy nakłada sobie upatrzony fragment mięsa. Czuwający nad parillą asador jest zawsze jeden, zawsze mężczyzna, i zawsze otrzymuje brawa, choć moim zdaniem nie zawsze zasłużone. (Dużo zawsze w jednym zdaniu) Oprócz mięsa krowy i baranka, które często występują w duecie podczas asado, piecze się również chorizo i morchillę. Chorizo to taka surowa kiełbasa wieprzowa specjalnie na asado , zaś morchilla to taki odpowiednik polskiej kaszanki, też robiony z krwi wieprzka, tylko chyba bez kaszy. Czasem do składu dołącza kurczak. Wspomniane wcześniej dodatki nie są zbyt wyszukane. Sałatka to z reguły tylko sałata i pomidor plus oliwa i ocet, raz tylko pojawiła się ensalada rusa czyli sałatka warzywna była to wigilia. Do tego chleb i czerwone wino -im lepsze tym lepiej. Piwo raczej nie pojawia się podczas asado, ale jest to raczej kwestia preferencji Argentyńczyków niż zasad. Asado z reguły kończy się grubo po północy i ciężko jest się podnieść z krzesła po wielogodzinnym mięsnym maratonie, za to powrót piechotą do domu jest bardzo wskazany. Na drugi dzień spokojnie można nic nie jeść, spodziewać się jednak można telefonu od przyjaciół żeby pomóc w dojadaniu resztek z poprzedniego wieczora, których często wystarcza na kolejne posiedzenie. Argentyńczycy uwielbiają asado i nie potrzebują do tego wcale okazji ani dużego towarzystwa. Parilla znajdzie się wszędzie, każdy dom, camping, hotel, park, posiada to cudowne a jakże proste urządzenie. Pamiętam taka sytuację kiedy wysiadaliśmy z auta Dantego, który zabrał nas na stopa i umawialiśmy się na wieczór na jakąś kolację, zapytałem to w jakiej restauracji się spotkamy? Zarówno Dante jak i moja dziewczyna Rocio popatrzyli na mnie jak na ufoludka, jaka restauracja, spotykamy się na asado.
Będę szczery, nie podzielam tej fiksacji Argentyńczyków. Lubię siedzieć w ciemnościach z dziewczyną nad gotującym się kotletem z cielęciny, popijać wino podczas gdy tłuszcz skapuje na rozgrzany popiół :), ale nie widzę w tym wcale dużo większej filozofii niż w naszym polskim grilowaniu. Jakbym grilował co tydzień to pewnie nie mógłbym patrzeć na zwyczajną, podobnie było w Argentynie, gdzie czasami byłem już znudzony tym kawałkiem wołowiny i sałatką z pomidorem. Prawdę powiedziawszy jak na wigilię zrobiliśmy z Rocio ruskie, to większość gości była co najmniej zszokowana że w ogóle jest jakieś dodatkowe danie oprócz baraniny. Miałem z tego niezła satysfakcję że wprowadziliśmy w ten standardowy jadłospis jakieś urozmaicenie.
W kwestii słynnej argentyńskiej wołowiny mogę powiedzieć, że to też różnie bywa. Czasem jest naprawdę pyszna, mięciutka i krucha -blandito, ale zdarzała się i taka którą trzeba było żuć jakieś 10 minut przed połknięciem a przez następnych parę dni ciągle znajdowałem jeszcze kawałki mięsa między zębami. Może to była jakaś krowa emigrantka.
Na koniec dodam że z powodu hiperinflacji i niby poprawiającej się sytuacji narodu, przynajmniej na prowincji asado wcale nie jest takim znowu powszechnym zjawiskiem. Tam asado służy często do zdobywania głosów w wyborach lokalnych. Określenie "kiełbasa wyborcza" ma tam trochę inne, bardziej dosłowne znaczenie.


Kiedy wyszedłem przed dom i zobaczyłem grupkę ludzi koło leżącej na poboczu drogi krowy pomyślałem że potrącił ją samochód i trwa akcja reanimacyjna. Trochę się pomyliłem bo jeden z mężczyzn wydobył zakrzywiony nóż a za chwilę z krowiego gardła siknęła krew. Okazało się że krasula jescze tego wieczora znajdzie się na stole u dwóch rodzin robiących asado.

Dla nas taki widok wydaje się okrutny, ale na wsi nie robi wrażenie nawet na dzieciach.

Jeszcze parę minut i krowa przestaje się ruszać.

Już po chwili zostaje pozbawiona cielesnej powłoki.

W postaci półproduktów czeka na swoją kolej na rozgrzanym
ruszcie.
 
Za ten jak widać może posłużyć nawet stare łóżko z metalową siatką. Domowej roboty chorizo dogląda pieczołowicie asador w tradycyjnym stroju gaucho.

W końcu nadchodzi ten moment kiedy można zatopić zęby w soczystym kawałku wołowiny i popić czerwonym jak krew mocnym argentyńskim winem :)

A to już baranek, a koło niego blady i niepozorny kurczak. Kurczaki jednak podnoszą głowę bo z powodu "zamożnienia" społeczeństwa spada spożycie wołowiny a rośnie konsumpcja drobiu.


poniedziałek, 23 stycznia 2012
Wulkany Antofagasta i Alumbrera dwa regularne czarne stożki położone obok siebie są najbardziej charakterystycznym elementem górsko-pustynnego krajobrazu. Leżą w odległości ok 8km i 11km od Antofagasty de la Sierra. Przed nimi znajduje się laguna Antofagasta gdzie można obserwować flamingi, a zaraz za nią pośród bazaltowych skał otaczających oba wulkany znajduje się Pukara Antofagasta. Są to ruiny fortyfikacji (z guarani: pukara-fort) zbudowane przez plemiona zamieszkujące Andy centralne. Wyprawę na oba wulkany planowaliśmy od paru dni, czekaliśmy głownie na to kiedy Rocio przejdzie "puna" (czyli choroba wysokościowa, słowo to też oznacza wyżynę). Parę osób poradziło nam żebyśmy pod wulkan wynajęli auto, co zaoszczędzi nam głównie czasu i energii na powrót w pełnym skwarze. W biurze które zajmuje się organizacją wypraw zaproponowali nam cenę 300 peso, za sam dowóz pod wulkan, czyli za jakieś 8 km. Nawet się nie zastanawialiśmy. O 5 rano byliśmy już na nogach i maszerowaliśmy w kierunku czarnego stożka. Dołączyła do nas Fatima którą poznaliśmy w urzędzie gminy oraz drobny kundelek, który towarzyszył nam przez całą drogę.  Fatima okazała się świetnym kompanem i znakomitą przewodniczką, to dzięki niej trafiliśmy do ruin Pukary. Ścieżka przez ruiny zaczyna się po stronie głównej drogi, czyli po prawej stronie wulkanu patrząc od strony miasteczka. Wspinaczka na wulkan o wysokości ok 4000m, nie stanowi żadnej trudności, przynajmniej technicznej, ale i kondycyjnie nie trzeba być jakimś asem. Jedyną uciążliwością jest to że sypkie kamieniste zbocze wulkanicznego stożka osuwa się przy każdym kroku, przypomina to trochę wchodzenie na wydmę. Za to schodzenie z tych samych powodów jest już tylko przyjemną formalnością a przy pomocy dwóch kroków pokonać można 5 metrów albo i więcej. Pierwszego dnia weszliśmy na Antofagastę. Mimo że krater nie robi wielkiego wrażenia, jest dość płytki i zasypany drobnymi kamieniami, to widok z wulkanu sprawia że nie chce się schodzić. Spokojnym tempem okrążyliśmy krater, a w drodze powrotnej obeszliśmy lagunę z drugiej strony niż przyszliśmy i wróciliśmy do miasteczka nieco inną drogą. Drugiego dnia, równie wcześnie tą samą drogą na lewo od laguny, którą wracaliśmy dnia poprzedniego szliśmy na Alumbrerę nie myśląc już wcale o samochodzie. By dotrzeć do podstawy wulkanu postanowiliśmy iść przez rumowisko bazaltowych skał w prostej linii od laguny, jednak po kilkudziesięciu minutach marszu w popłochu szukaliśmy drogi wyjścia z tego swoistego pola minowego. Luźno rzucone głazy często wywracały się przy nastąpieniu, powodując utratę równowagi albo upadek. Kształtem przypominające ciasto świeżo wyciśnięte przez maszynkę skały, są niesamowicie szorstkie i ostre. Każde podparcie się gołą ręką kończyło się nieprzyjemnym otarciem albo skaleczeniem. W końcu udało nam się znaleźć lepszą drogę i pod storzek dotarliśmy już bez większych przygód. Krater Alubrery jest znacznie większy i głębszy niż Antofagasty. Dodatkowo krawędź wulkanu zdobią niezwykle kolorowe skały. Aby obejść krater dookoła czasem trzeba się trochę pomęczyć a nawet powspinać. Wracając udało nam się złapać stopa
 

Wulkan i Laguna Antofagasta

Do wulkanu Alumbrera początkowo szliśmy w prostej linii od laguny przez rumowisko ostrych bazaltowych głazów. Luźno usypane kamienie co chwile ruszały się pod stopami. Po kilku nieprzyjemnych upadkach nieco podrapani znaleźliśmy łatwiejszą choć dłuższą drogę okrążającą bazaltowe pole minowe z lewej strony.

Rocio i Fatima oraz nieznany nikomu kundelek, na krawędzi krateru wulkanu Antofagasta. W tle wulkan Alumbrera.

Na szczycie Alumbrery

Przepiękne kolory skał krateru Alumbrery. W tle wulkan Antofagasta

Słone osady na brzegu laguny

Tak reagują flamingi na widok aparatu.
sobota, 21 stycznia 2012
Zanim zacznę narzekać chcę pokazać miejsce o którym nie mogę zapomnieć. Było to pierwsze miejsce w Argentynie o którym pomyślałem że tu właśnie mógłbym mieszkać.
Departament Antofagasta de la Sierra posiada ponad 200 wulkanów (nieczynnych) i ok. 1000 mieszkańców. Główne miasto o tej samej nazwie liczy 250 dusz i leży na wysokości 3300m.npm. Jest oddalone od stolicy prowincji Corrientes 600 km, a od najbliższego większego miasteczka Belen 300 km. Autobus kursuje tam tylko 2 dni w tygodniu, podróż trwa ok 14 godzin, kosztuje jak na ten dystans niewiele, jedyne 100 peso. W autobusie od czasu do czasu strasznie się kurzy bo droga nie zawsze jest asfaltowa, wszyscy się już znają, a atmosfera sprzyja nawiązywaniu kontaktów. W trakcie gdy kierowca z policzkiem wypchanym liśćmi koki przekonuje nas o niezawodności starego Mercedesa, najbliżsi sąsiedzi zastanawiają się gdzie moglibyśmy rozbić namiot.
W miejscowości jest Hostel, można też wynająć pokój, nie ma natomiast campingu, ale nam udało się rozbić namiot na podwórku rodziny prowadzącej wynajem pokoi -15peso/os. Jest stacja benzynowa ale przez tydzień naszego pobytu wisiała karteczka "No hay gasoil" (nie ma benzyny). Jest bankomat, internet w Muncipalidad (niestety oba komputery są zepsute, można za to podpiąć własny sprzęt). Szpital chętnie pomaga turystom z objawami Puny -choroby wysokościowej, która tuż po przyjeździe dopadła Rocio.
Pierwsze skojarzenie jakie mi się nasunęło to podobieństwo  do równie odciętej od świata doliny Nubry. Tu też jest strasznie sucho, a  górski krajobraz mimo obezwładniającego piękna jest surowy i pozbawiony roślinności. Nie ma tu co prawda klasztorów, ale liczne są kapliczki ku czci Virjen del valle (Dziewica z doliny). (W Antofagasta de la Sierra jest jedno zgromadzenie liczące 5 sióstr zakonnych).
Ludzie o indiańskich rysach pochodzący głównie z prowincji Salta i Jujui przy pierwszym poznaniu wydają się równie szorstcy co otaczające ich skały pumeksu. Ale to tylko pozory,  bo gospodarze u których rozbiliśmy namiot  bez wylewności ale zawsze oferowali nam pomoc, a po ponad tygodniu byliśmy już bardzo zżyci a pożegnanie było bardzo ciepłe.
Zwiedzanie:
Jak w większości miejsc które odwiedzaliśmy uprzywilejowani są turyści zmotoryzowani. Jest wiele pięknych miejsc do których nie da się dotrzeć bez auta jak choćby Campo de Piedra Pomez. Można wykupić wycieczkę z Antofagasty albo sąsiedniego El Peńon, ale jest to bardzo drogie.
Dla pieszych pozostają najbliższe okolice Antofagasty de la Sierra. Przede wszystkim dwa wulkany: Antofagasta i Alumbrera, sąsiadująca z nimi Laguna Antofagasta, dalej Punta de la Peńa i Punta Colorada gdzie znajdują się liczne petroglify, oraz najbliższe góry.
Wybierając sie na pieszą wycieczkę najważniejsze jest by zabrać wodę na cały dzień, coś chroniącego głowę przed słońcem. i okulary słoneczne. Warto mieć krem z filtrem słonecznym oraz  coś do ochrony ust przed wysuszaniem. Woda w strumieniach ani w lagunie nie nadaje się do picia. Do południa może nawet być chłodno, ale po południu słońce naprawdę jest mocne i robi się piekarnik.


Jedno z moich ulubionych miejsc pod nawisem skalnym chroniącym przed wiatrem, z widokiem na Antofagastę.

W Antofagaście zawsze przyplącze się do ciebie jakiś pies. Najlepszy był pewien malutki kundelek który zasnął na szczycie wulkanu Antofagasta. Dopiero schodząc przypomnieliśmy sobie że czegoś nam brakuje.

Lama to tutaj główne zwierze hodowlane. Mięso lamy przypomina w smaku wołowinę i prawie nie ma tłuszczu. To prawda że lama może opluć trawą, może to być nawet niebezpieczne jeśli kłujące fragmenty roślin dostaną się do oczu. Przedtem jednak lama kładzie uszy po sobie wiec można zawczasu się ewakuować.

Petroglif przedstawiający ponoć system rzeczny Antofagasty.

Główny motyw petroglifów to lamy albo vikunie. Często pojawiają się też ludzie w kształcie robotów i z kwadratowymi głowami. Deniken miałby tu o czym pisać.

Skały w okolicy Punta de la Peńa. Przez cały dzień nie spotkałem żywej duszy, jak zresztą wiele razy podczas wędrówek w Argentynie. Wspaniałe uczucie. Aha, był ze mną pies.

To są zioła które pomagają na żołądek głównie przy chorobie wysokościowej. Bardzo łatwo je znaleźć na najbliższych wzgórzach. Gospodyni u której mieliśmy rozbity namiot dała nam cały wkład lokalnej medycyny naturalnej, nie omijając magicznych rytuałów w których wykorzystuje się pióra flamingów.
piątek, 20 stycznia 2012
Na początku muszę się przyznać że mój wyjazd do Argentyny miał podtekst osobisty, ale postaram się od niego odciąć w wypowiedziach. Zresztą postaram się tym razem mało pisać aby nie przemęczać wszystkich tych którzy tu zajrzą.
W Argentynie spędziłem trochę ponad 4 miesiące nie tylko podróżując. Miałem też okazję otrzeć się o codzienne życie zwykłych ludzi, a nie tylko spędzać czas w towarzystwie innych backpackerów.
Na pytanie czy warto jechać do Argentyny ciężko mi dać odpowiedź. Gdybym dostał książkę skarg i zażaleń na temat Argentyny, to pewnie zapisałbym ją do ostatniej strony, a pierwszym zarzutem byłby brak kabanosów i jałowcowej... paprykarzu i tyrolskiej, albo chociażby jakichś substytutów.
Natomiast po powrocie i wylądowaniu w Madrycie, kiedy odrazu natknąłem się na zgraję hipsterów z iphonami, moją pierwszą myślą było: ja pierdolę, co ja tu robię, ja chcę wracać.

Dlaczego taki tytuł bloga? Słońce i wiatr to dwie rzeczy których nigdy nie brakuje w Argentynie. Ze wszystkim innym może być problem. ....jak choćby ze wspomnianą wyżej kiełbasą:)
1 , 2
 
O Blogu - Nie chcę żeby był to kolejny opis wycieczki albo relacja z podróży. Tym razem czas i chronologia zwiedzania będą miały mniejsze znaczenie. Chcę pokazać głównie zdjęcia, piękno ale czasem też brzydotę tego surowego kraju.

Argentyna-podstawowe informacje:
Powierzchnia:2 766890
-9x więcej niż Polska.
Liczba ludności: ok.42 miliony
-Polska ok.38 milionów.
Czas: -4zimą -5latem w stosunku do Polski
Waluta: Peso arg. ARS
10 peso=ok.8złotych
Ceny: Jescze niedawno zbliżone do polskich ale z powodu inflacji kraj ten wydawał mi się drogi.
Przykładowe ceny:
1kg chleba -8peso
1,5l wody -4-5peso
1kg wołowiny 25-60peso
12empanadas(dla2os) -30peso
stek z ftytkami -od 25peso
noclegi hostele -od 40peso
camping/os 15-35peso
autobusy -ok40peso/100km


TopLista - Wyprawy i Podróże [Turystyka Aktywna]